Jak z legalnej aplikacji zrobiono „zagrożenie dla demokracji”
Kiedy w kampanii prezydenckiej 2025 roku Ruch Kontroli Wyborów zaproponował prostą, oddolną aplikację do pilnowania zaświadczeń do głosowania, nikt przy zdrowych zmysłach nie mógł przewidzieć, że kilka tygodni później stanie się ona pretekstem do uruchomienia całego aparatu państwa przeciwko obywatelskiej inicjatywie i jednemu posłowi opozycji. A jednak tak właśnie się stało: z narzędzia służącego kontroli uczciwości wyborów próbowano zrobić „aferę” rzekomo zagrażającą podstawom demokracji.
Przypomnę fakty, bo w liberalnych mediach nikt ich dziś nie porządkuje – wszyscy chętnie cytowali oskarżenia, ale nikt nie wrócił do sprawy po umorzeniu postępowania. Aplikacja, o której mówimy, nie była systemem PKW, nie była w żaden sposób zintegrowana z państwową infrastrukturą wyborczą, nie pobierała żadnych danych osobowych, nie służyła do ingerencji w liczenie głosów. Była prywatnym narzędziem, z którego mogli korzystać członkowie komisji i mężowie zaufania w ramach obywatelskiej kontroli – tak jak wcześniej wielu z nas używało zwykłych notatników, arkuszy kalkulacyjnych czy papierowych formularzy.
Mimo tego rozkręcono histerię. Poseł Roman Giertych składa zawiadomienia, media liberalne i prorządowe tworzą narrację o „nieautoryzowanej aplikacji, która rzekomo blokuje wydawanie kart do głosowania”, a premier Donald Tusk wychodzi przed kamery i z powagą informuje, że ABW złożyła zawiadomienie do Prokuratury Okręgowej w Warszawie w sprawie „aplikacji Mateckiego”, sugerując możliwość popełnienia przestępstwa z art. 249 Kodeksu karnego. W tym samym czasie policja ma rzekomo badać „naruszenie danych osobowych”, choć aplikacja żadnych danych nie zbiera.
W przekazie medialnym przez kilka dni funkcjonuje wyłącznie jedna narracja: „aplikacja Mateckiego”, „być może nielegalna”, „ingerencja w wybory”, „zagrożenie dla demokracji”. Politycy rządu, komentatorzy sprzyjający władzy, portal za portalem, telewizja za telewizją – wszyscy powtarzają tę samą tezę: oto PiS i Ruch Kontroli Wyborów próbują „majstrować przy wyborach”. Fakty nie mają znaczenia, liczy się efekt propagandowy: zohydzić inicjatywę obywatelską, zastraszyć członków komisji, skleić moje nazwisko z rzekomym przestępstwem.
Dziś wiemy już, jak ta historia się kończy. Prokuratura Okręgowa w Koszalinie umarza postępowanie na podstawie art. 17 § 1 pkt 2 k.p.k., czyli z powodu braku znamion czynu zabronionego. W uzasadnieniu czytamy jasno: nie doszło do złamania prawa, nie doszło do bezprawnego przetwarzania danych, nie doszło do zakłócenia wyborów. Aplikacja była narzędziem prywatnym, poza strukturami PKW, nie ingerowała w proces liczenia głosów.
Innymi słowy – to, co przez tygodnie przedstawiano jako „śmiertelnie poważne zagrożenie dla demokracji”, okazało się zwykłym, obywatelskim narzędziem kontroli, w pełni mieszczącym się w porządku prawnym. Problem polega na tym, że na etapie rozkręcania afery nikt nie czekał na ustalenia prokuratury. Zadziałał odruch: jest okazja, żeby uderzyć w Ruch Kontroli Wyborów i posła opozycji – uruchamiamy ABW, uruchamiamy prokuraturę, uruchamiamy media.
🟥 Umorzenie sprawy tzw. "Aplikacji Mateckiego"
Tak właśnie wygląda kreowanie fałszywych przestępstw w państwie Tuska. Najpierw medialna nagonka, potem atak służb, polityczne pomówienia, a na końcu… umorzenie. Prokuratura jasno stwierdziła: nie było przestępstwa, nie było… pic.twitter.com/munNYLtylG— Dariusz Matecki (@DariuszMatecki) November 4, 2025
Umorzenie sprawy, zero przeprosin – i mur „tajności” zamiast odpowiedzialności
Decyzja prokuratury o umorzeniu postępowania powinna być momentem refleksji po stronie rządu i służb. Skoro nie było przestępstwa, skoro nie potwierdził się żaden z zarzutów, skoro cała konstrukcja „aplikacji zagrażającej demokracji” okazała się fikcją – to w normalnym państwie ktoś bierze odpowiedzialność za błędną ocenę, za nadużycie zaufania publicznego, za użycie służb do politycznego ataku.
Co widzimy w Polsce Tuska? Dokładne przeciwieństwo. Nie ma sprostowań, nie ma przeprosin, nie ma wyciągnięcia konsekwencji w ABW. W odpowiedzi na moją interpelację słyszę powtarzaną jak mantra opowieść o „apolityczności służb”, o „działaniu na podstawie przepisów”, o „niejawności metod i działań ABW”. Rząd zasłania się ustawą o ABW i przepisami o ochronie informacji niejawnych po to, by nie odpowiedzieć na najprostsze pytania:
-
kto w ABW podjął decyzję o złożeniu zawiadomienia,
-
czy była jakakolwiek rzetelna analiza prawna,
-
czy po umorzeniu przeprowadzono postępowanie wyjaśniające,
-
czy wobec kogokolwiek wyciągnięto odpowiedzialność dyscyplinarną.
Zamiast konkretnych nazwisk i dokumentów słyszymy, że „informacje o działaniach służb są niejawne”, a służby „działają profesjonalnie i bezstronnie”. Czyli: kiedy trzeba było nagłośnić zawiadomienie ABW – konferencje, cytaty, polityczne komentarze, pełna jawność. Kiedy okazało się, że sprawa jest zwyczajnie dęta, a prokuratura umarza postępowanie – nagle wszystko staje się tajne, a politycy umywają ręce.
To jest właśnie państwo z kartonu: takie, które świetnie działa na poziomie konferencji prasowych i medialnych wrzutek, ale nie zna pojęcia odpowiedzialności, kiedy przychodzi do przyznania się do błędu. Premier miał czas, żeby ogłosić, że ABW złożyła zawiadomienie przeciwko „aplikacji Mateckiego”. Nie znalazł czasu, by po umorzeniu powiedzieć wprost: prokuratura nie potwierdziła żadnego przestępstwa, zarzuty wobec tej inicjatywy były bezzasadne, a obywatelska kontrola wyborów jest czymś, co w demokracji powinno się wspierać, a nie straszyć.
Na tym polega prawdziwy skandal: nie tylko na tym, że ABW złożyła zawiadomienie, które okazało się pozbawione podstaw – ale na tym, że nikt nie czuje się zobowiązany do jakiegokolwiek rozliczenia tej historii, jakby nic się nie stało. Z mojego punktu widzenia – posła i osoby, której nazwisko było w tej sprawie stale wymieniane – to jest jasny sygnał: aparat państwa może w dowolnym momencie uruchomić przeciwko Tobie służby, prokuraturę i medialny walec, a kiedy okaże się, że to wszystko było nonsensem, usłyszysz tylko: „przecież służby są apolityczne, wszystko jest tajne, proszę się rozejść”.
Dlatego w kolejnych interpelacjach żądam nie tylko wskazania osób odpowiedzialnych za tę decyzję, ale też informacji, czy ktokolwiek w ABW i w Kancelarii Premiera zamierza naprawić szkody wyrządzone przez bezzasadne zawiadomienie – przynajmniej na poziomie przyznania się do błędu i zmiany praktyk komunikacyjnych. Bo jeżeli dziś można bezkarnie wypuszczać fałszywe oskarżenia, a potem chować się za klauzulą „niejawne”, to jutro ofiarą takiej operacji może być każdy, kto odważy się patrzeć władzy na ręce.
Podwójne standardy: głośna „aplikacja Mateckiego” i tajny raport o kampanii Trzaskowskiego
Cała ta sprawa byłaby skandalem nawet wtedy, gdyby dotyczyła wyłącznie mnie i Ruchu Kontroli Wyborów. Ale szerszy kontekst pokazuje coś jeszcze poważniejszego: selektywne, politycznie stronnicze działanie ABW i rządu w kwestiach związanych z wyborami.
Z jednej strony mamy tzw. „aplikację Mateckiego”:
– inicjatywę obywatelską, służącą kontroli zaświadczeń,
– narzędzie prywatne, poza systemem PKW, niepobierające danych,
– postępowanie prokuratury zakończone umorzeniem z powodu braku znamion przestępstwa.
A mimo to:
-
ABW składa zawiadomienie,
-
premier opisuje sprawę z mównicy jako „być może popełnione przestępstwo”,
-
media rządowe prowadzą zmasowany atak osobisty,
-
aplikacja i Ruch Kontroli Wyborów są przedstawiane jako zagrożenie dla demokracji.
Z drugiej strony mamy poważne pytania o finansowanie kampanii Rafała Trzaskowskiego:
– raport NASK o możliwej zagranicznej ingerencji w kampanię,
– działania podmiotów trzecich (fundacje, organizacje, reklamy w social mediach),
– wątpliwości PKW, która zwróciła się do ABW o informacje,
– śledztwo prokuratury w sprawie nielegalnego wykorzystania środków do finansowania spotów.
W tym wątku ABW przygotowuje raport – i co widzimy? Dokument zostaje objęty klauzulą „zastrzeżone”, posłowie opozycji nie są wpuszczani do ABW, by się z nim zapoznać, a rzecznik rządu i koordynator służb tłumaczą, że „o tajności decydują służby” i „nie można ujawniać dokumentów, które dotyczą ważnego polityka”. Innymi słowy: gdy sprawa dotyczy kandydata KO, wszystko staje się nagle wrażliwe, sekretne, nie do pokazania.
Mamy więc dwa zupełnie różne standardy:
-
Standard wobec opozycji: zawiadomienie ABW jest od razu komunikowane publicznie, premier omawia sprawę na konferencjach, media budują atmosferę podejrzeń, a nazwisko posła opozycji ląduje w czołówkach portali i serwisów informacyjnych.
-
Standard wobec własnego obozu: raport ABW w sprawie potencjalnych nieprawidłowości finansowych kampanii Trzaskowskiego jest chowany do szafy, posłom odmawia się dostępu, a opinii publicznej mówi się, że „służby wykonały swoje zadania” i „dla dobra śledztwa nic nie powiemy”.
Tak wygląda w praktyce słynna „apolityczność” służb według Tuska. Nie ma wątpliwości, że ABW powinna zajmować się bezpieczeństwem procesu wyborczego. Ale jeżeli:
-
aplikacja kontroli zaświadczeń – legalna i niewiązana z systemami państwowymi – staje się pretekstem do pełnej akcji służb,
-
a równocześnie materiały o możliwym nielegalnym finansowaniu kampanii władzy są utajniane i niedostępne nawet dla posłów,
to trudno uwierzyć, że mamy do czynienia z bezstronnym działaniem państwa. Raczej widzimy klasyczny mechanizm: służby jako narzędzie do uderzania w jednych i ochrony drugich.
Dlatego w swoich interpelacjach domagam się nie tylko ujawnienia, kto odpowiada za bezzasadne zawiadomienie w sprawie „aplikacji Mateckiego”, ale także:
-
przedstawienia statystyk działań ABW w kampanii prezydenckiej 2025 – ile zawiadomień dotyczyło obywatelskich inicjatyw kontroli wyborów, a ile finansowania kampanii różnych kandydatów,
-
wyjaśnienia, dlaczego w jednym przypadku informowano opinię publiczną na bieżąco, a w drugim zasłaniano się wyłącznie tajnością,
-
odtajnienia – w możliwym zakresie – raportu ABW dotyczącego kampanii Rafała Trzaskowskiego.
Bo jeżeli mamy naprawdę dbać o uczciwość wyborów, to potrzebujemy więcej Ruchów Kontroli Wyborów, a nie mniej, potrzebujemy narzędzi cyfrowych do pilnowania frekwencji i zaświadczeń – najlepiej państwowych, otwartych i bezpiecznych – a nie polowania na tych, którzy chcą patrzeć komisjom na ręce. W 2027 roku taka aplikacja powinna być standardem, a nie pretekstem do nagonki.
Sprawa „aplikacji Mateckiego” jest więc czymś więcej niż jednym umorzonym postępowaniem. To test, czy państwo polskie pod rządami Tuska jest jeszcze zdolne do uczciwego spojrzenia w lustro i przyznania: tak, użyliśmy służb specjalnych do politycznego ataku, prokuratura tego nie potwierdziła, ktoś popełnił błąd i poniesie konsekwencje. Na razie odpowiedź brzmi: nie. A dopóki tak jest – dopóty będę składał kolejne interpelacje i głośno mówił: to jest państwo z kartonu, w którym służby służą propagandzie, a nie obywatelom.

